Jak to z koleją i rowerami było

Na koniec postanowiliśmy zafundować sobie podróż powrotną koleją żelazną. Testowaliśmy jak się ma teoria do rzeczywistości, czyli jak się podróżuje w Polsce z rowerami. Na liniach podmiejskich nie ma z tym większego problemu, ale nas intrygowało jak się to odbywa na trasach dalekobieżnych.



Pierwsze rozczarowanie zaczęło się już w kasie. Pani nie mogła nam zarezerowować miejsca na rower bo mieliśmy już kupiony bilet dla osób. Bilet dla nas kupiliśmy przez internet, nie ma opcji kupna wirtualnego biletu rowerowego. W kasie kupuje się bilet dla osoby i roweru, ale na sam rower już nie. Teraz można tylko u konduktora w pociągu. Nie rozumiem do końca tej logiki. Przecież rower nie pojedzie pociągiem sam. Dlaczego nie można zapłacić za przewóz roweru od razu i mieć gwarancję miejsca dla niego tak jak miejsca dla osoby? I dlaczego tylko w kasie dworcowej?



Pomijam fakt, że bilety dla osób z rowerami są tylko w wagonie klasy 2. Dlaczego rowerzysta musi jechać klasą druga, a nie pierwszą? Kolejny nonsens i dyskryminacja.

Teraz trzeba się dostać na peron. Wszędzie schody. Żadnej kładki czy wind. Na dworcu Gdańsk Główny trzeba zapomnieć o ułatwieniach dla cyklistów. Kolejarskie myślenie nie przewidziało, że rower mógłby chcieć przedostać się przez tory. Zostaje siła mięśni i wniesienie roweru po schodach. Dlatego warto podróżować we dwójkę. Bo niby jak miałabym sama ten rower wnieść po schodach, a co wtedy z bagażem?



































Opóźnienie pociągu nie robi na nas żadnego wrażenia, choć oczywiście byłoby milej nie stać w gotowości na peronie i słuchać kolejnych komunikatów o zwiększającym się opóźnieniu. Ale do tego, że nasza kolej nie jest punktualna byliśmy przyzwyczajeni latami, więc w sumie nic nowego.


Gdy wreszcie pociąg przyjechał usiłujemy się wraz z dwójką innych ludzi z rowerami dostać do wagonu ze znaczkiem roweru. Niestety szerokich drzwi nie da się otworzyć. Zdejmujemy zatem w pośpiechu sakwy i przepychamy cztery rowery po wysokich schodkach wąskim, bocznym wejściem. Pytam potem pani konduktor jak to jest z tymi dużymi drzwiami, ale pani tylko się tłumaczy że jest ich dwoje do obsługi całego pociągu i te drzwi są zablokowane. W dalszej rozmowie wyjaśnia się, że te drzwi powinna otwierać obsługa pociągu, ale jest jej za mało. W tej sytuacji nie dziwi mnie już, że drzwi są zamknięte na stałe -  jest wtedy spokój i nikt nic nie musi otwierać. A podróżni z rowerami? No cóż, to ich problem. Ech, dziki kraj.














Martwiliśmy się, że w niedzielnym kursie pociągu znad morza może być ciasno w wagonie rowerowym. I nie myliliśmy. Było bardzo ciasno, ale nie ze względu na rowery, ale na ludzi, którzy zajmowali cały rowerowy przedział. Okupowali go bo ktoś im sprzedał bilety, a w pozostałych wagonach gdzie obowiązuje rezerwacja miejsc wszystko było zajęte. Najgorsze było to, że nie można było się przepchnąć pomiędzy tym tłumem z naszymi rowerami, nikt nie miał najmniejszego zamiaru wstać z podłogi, na której siedzieli jak dzicy z dżungli.

Gdy wreszcie Darkowi udało się przyczepić nasze rowery do uchwytów, musieliśmy z naszymi bagażami przedzierać się na drugi kraniec pociągu, bo rowery były w wagonie trzecim, a nasze miejsca w ... dwunastym.

Najważniejsze jednak, że jedziemy, nie pada na głowę i nawet mamy miejsca siedzące i to nie na podłodze. Ale jakoś pomimo szarpaniny przy wsiadaniu do pociągu czar podróży koleją prysł. A może to przez fakt, że fajna przygoda rowerowa dobiega końca i trzeba wrócić do szarej rzeczywistości?

Komentarze

  1. Heh, skąd ja to znam ;).
    W swoim czasie napodróżowałam się koleją z rowerami i sakwami.a nawet z namiotem w nich. Cóż mogę powiedzieć, teraz i tak jest dobre, bo zazwyczaj są wagony dla rowerów (nawet, jeśli znajduje się w nich dziki tłok dzikich ludzi). Kiedyś wagon rowerowy był luksusem. Rower wiozło się na korytarzu na końcu składu. Jeśli pociąg zmienił kierunek jazdy - a jadąc w Bieszczady odbywało się to bodaj dwa razy - trzeba było z rowerem wyskoczyć i przenieść się na nowy koniec składu. Problem też się pojawiał, gdy skład był łączony, część była na trasie odczepiana i jechała gdzie indziej. A ze da razy rowery jechały z nami po prostu w przedziale ;). Cóż, wszystko można opanować. Zatem taszczenie roweru po schodach też mam już opanowane, tak samo jak i wnoszenie roweru do pociągu z peronu "ziemnego", bo na dzikiej prowincji czasem peronów wybudowanych nie ma: wszystko dla jest ludzi ;).
    Gratuluję fajnego pomysłu wyprawy. Mi teraz już by się tak jechać chyba nie chciało, za duży ruch i w ogóle. Ale kiedyś takie podróże to był standard i spontan: czas - pomysł - bagaż w sakwy - i w trasę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Schody na dworcu takie, że trudno rower wnieść. A jak sobie radzą niepełnosprawni na wózkach?

    OdpowiedzUsuń
  3. Beata, my pamiętamy jak się jeździło nad morze i żeby wsiąść do pociągu trzeba było użyć fortelu. Ja wskakiwałem kiedyś do jadącego składu 100 m przed peronem. Myśleliśmy, że po 25. latach coś na kolei się zmieniło. I dlatego jesteśmy bardzo zdziwieni, że jest tak jak kiedyś. Można kupić bilet w internecie, ale z wc nie da się skorzystać wirtualnie. A w pociągach dalekobieżnych unosi się duch starego PKP.
    Lechu, zadałem sobie trud i poszedłem spytać o to panie siedzące w biurze obsługi klienta. Odpowiedziały, że niepełnosprawni mogą dostać się na peron inną drogą. Wymagana jest przy tym obecność kogoś z ochrony kolei.
    Pozdrawiamy cię Lechu z Polski o umiarkowanym klimacie w temperaturze australijskiego lata.
    Beacie życzymy wyjazdu w chłodne góry :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz