niedziela, 4 listopada 2018

W Bieszczadach, czyli o tym jak być off line

W dzisiejszych czasach w zasadzie bardzo trudno być poza zasięgiem. Można oczywiście wyłączyć sieć, wylogować się albo po prostu nie włączać żadnych urządzeń lokalizujących. Można też wyjechać tam gdzie nie ma żadnego zasięgu, ale takie miejsca są zazwyczaj dość odległe. Gdybyśmy chcieli do tego nurkować i podziwiać piękne okazy kolorowych stworzeń podwodnego świata, to pewnie zdecydowalibyśmy się na wymagającą czasu i nakładu środków podróż na małą wyspę na środku Oceanu Indyjskiego. A najlepiej na taką, gdzie promem od wybrzeża stałego lądu płynie się trzy dni.


Ale gdy czasu jest mało, a konieczność odcięcia się od cywilizacji nie jest aż tak silna, to można w jeden dzień dotrzeć na południowo-wschodni kraniec naszego kraju. Wystarczy dziki zakątek w Bieszczadach gdzie obserwacje ograniczy się do zobaczenia mieniących się pomarańczami, żółciami i rudościami liści jesiennych buków oraz jednego, ale prawdziwego wilka. Tak. Widzieliśmy wilka, choć nie wiem czy wilk nas widział, bo spokojnie przebiegał przez drogę między Wetliną, a Kalnicą by zniknąć w lesie. Gospodyni, u której mieszkaliśmy niezbyt ucieszyła się z tej wiadomości, że w okolicy pojawił się wilk, bo ostatnio mieli z jednym wilkiem problemy i trzeba było go odstrzelić. Miejmy nadzieję, że ten wilk należy do dzikich zwierząt i nie będzie zbliżał się do ludzi. Z innych ciekawostek faunistycznych, były tylko ostrzegawcze tablice o obecności niedźwiedzi, ale tych nie udało się nam na szczęście wypatrzeć, tzn. niedźwiedzi, a nie tablic. I jeszcze była jedna salamandra plamista, ale ta schowała się szybko w żółtych liściach i nie sposób jej było wypatrzeć.
Reszta świata ożywionego i nieożywionego, która nie znikała tak szybko, jak wilk, czy salamandra została utrwalona. Zdjęcia nie są edytowane żadnym programem do poprawiania kolorów. Za kontrast odpowiedzialne było słońce i przejrzyste powietrze. I choć zdarzała się mgła, mżawka i deszcz, to przez większość czasu było nieprawdopodobnie jak na październikowe dni, ciepło oraz słonecznie. Poranki i wieczory już rześkie, a nawet mroźne, ale w południe ponad 20 stopni na plusie. Dziwna ta pogoda.

Wycieczka rowerowa wokół Hyrlatej to był strzał w dziesiątkę w taki dzień jak ten. Bieszczadzkie błoto co prawda nigdy nie wysycha całkowicie, o czym przekonałam się osobiście, gdy zjechaliśmy z szutrowej drogi. Ale warto było za cenę utrudnień i błądzenia w trudniejszym terenie dotrzeć do stacji kolejowej w Balnicy. Stacja to trochę słowo na wyrost, ale pociąg tam jeździ, tyle że obecnie wyłącznie w celach turystycznych.   



























Majdan to jeszcze jedna stacja bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej. Utworzono tu muzeum z pozostałości taboru jeżdżącej tu kiedyś leśnej kolei. Najbardziej podobała mi się lokomotywa parowa. Nie miała żadnego elektronicznego elementu, wszystko w niej było prawdziwie mechaniczne.

Kolejnego ranka wstajemy wcześnie i rozpoczynamy wyścig z czasem. Zaplanowana na ten dzień wycieczka piesza według czasów przejść odcinków na mapie zajmuje więcej niż czas od wschodu do zachodu słońca. Musimy więc mocno wyciągać nogi i przy okazji ręce odpychając się kijami, żeby nie zastała nas noc na szlaku. A tu tyle panoram do podziwiania po drodze, aż żal tak szybko iść.


















     
Bukowe Berdo, Pszczeliny-Widełki, Caryńska i ta część wysokich Bieszczad obleciana. Pięknie było jak zwykle. Następnego dnia mięśnie obolałe, ale to ryzyko jest wpisane w odcięcie od zurbanizowanego świata. Tylko totalne zmęczenie daje to uczucie, że byliśmy w górach. Tylko długie podejście w lesie ścieżką gdzie trzeba uważać na każdy kamień, pokazuje że są inne rzeczy poza schodami ruchomymi i windą.

Na wypadek tęsknoty za miastem, jeden dzień przerwy na pływanie. I zaraz krótki rower, najlepiej ze zgubieniem się i nieprzejezdną drogą, bo rzeka podmyła drogę i zerwała most. Zostaje tylko zdjąć buty i przejść przez rzekę. Dobrze, że nie trzeba było długo szukać płytkiego miejsca i błoto podeschło. Reszta wycieczki bez zakłóceń, choć nie do końca z planem.







Pasmo graniczne z przebiegającymi dwoma szlakami pieszymi: polskim i słowackim jest nam bardzo dobrze znane, ale nie byliśmy jeszcze po słowackiej stronie, zatem pierwotne lasy bukowe czekały na naszą eksplorację. Od Riabej Skały schodzimy żółtym, po to żeby zmoknąć na Słowacji, zobaczyć zielone jeziorko i wspiąć się ponownie na wysokość Czerteża. Mgła zasłoniła jedyną panoramę z Riabej, ale zmęczeni znów schodzimy spotykając po drodze trzech wesołych turystów. Poza nimi nie widzieliśmy tego dnia nikogo poza jednym słowackim robotnikiem leśnym, który nie bardzo wiedział co ma nam odpowiedzieć na nasze "Dzień dobry". Szuramy wśród liści, idziemy, podchodzimy, schodzimy, podchodzimy. Jedna przerwa na zjedzenie słodkiej bułki i sucharów bieszczadzkich, druga na podładowanie akumulatorów (w zegarkach, bo nasze jeszcze działały ;)).









 


W poszukiwaniu salamandry przemierzyliśmy trasę 50 km przez Strzebowiska, Cisnę, Buk, Sine Wiry, Smerek, Kalnicę. Mgła była tak, że bałam się zjeżdżać, bo nie było widać gdzie droga skręca. W Sinych Wirach podjazdy dawały mocno w kość, ale nie poddawałam się. Darek jechał cały czas, więc trzymałam się jego i czepiałam się myśli, że i ja dam radę. I dałam.


Ostatnia wycieczka, tym razem w pięknej aurze i na mocno widokowej trasie, to zdobycie Holicy. Niezbyt stromy, ale bardzo długi podjazd, uwieńczony satysfakcją, że znów dałam radę, choć łatwo nie było. Dopiero zjazd pokazywał prawdziwe oblicze pokonanego przewyższenia. Ale warto było pomęczyć się. Kolejny challenge za nami.






         
Korzystając ze zdobyczy techniki oraz tego, że nasz trener wrzuca w chmurę treningi pływackie , tak aby wszyscy w najdalszych częściach świata mieli do nich dostęp, nie odpuściliśmy także pływania. Odwiedziliśmy kompleks basenów w najbliższej okolicy, poprawiając nieco frekwencję tego pustego ośrodka krzewienia kultury fizycznej. Pływanie w komfortowych warunkach nowego basenu dało nam dodatkową frajdę i poczucie wypełnienia planu w całości. Wykorzystaliśmy w 100% cały zabrany ze sobą sprzęt sportowy.