wtorek, 23 kwietnia 2019

Na bogato, czyli feeria w płaskim kraju

Uwaga, dziś będzie feerycznie, czyli za definicją zaczerpniętą ze słownika języka polskiego PWN: feeria

1. «bogactwo i różnorodność mieniących się barw, pulsujących świateł lub wibrujących dźwięków»
2. «widowisko teatralne oparte na wątkach fantastycznych, posługujące się efektami muzycznymi, świetlnymi itp.»

Wątek fantastyczny w naszym codziennym kraju jest zwykle w wydaniu z dodatkiem "+", ale ponieważ ten blog nie porusza z założenia tematyki politycznej, pozostańmy raczej przy baśniowości z zakresu tego co zobaczyliśmy jakieś 1000 km na zachód od Wisły. Dla nas każdy kolejny wyjazd nawet na taką odległość, rzuca nowe światło na życie 💡🔌🔎.


Zostawiam czytelnika w roli widza i pozwolę sobie być jedynie skromnym narratorem, który będzie udowadniał, że to zdarzyło się na prawdę i że to wszystko istnieje i nie jest efektem mieszania grafiki gier z rzeczywistością. A jeśli rzeczywistość to na pewno rozszerzona i to głównie za sprawą pracowitości i podtrzymywania tego co osiągnęły poprzednie pokolenia.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Bieg Oshee 10 km

W bardzo dużym skrócie: jednak warto było wziąć udział w tym biegu. Pogoda do biegania bardzo dobra: słonecznie, chłodno i prawie bez wiatru, ale powietrze czyste. My w dobrych nastrojach i zregenerowani po tygodniu bez aktywności. Przerwa co prawda wymuszona katarem, a wirus też trochę nas osłabił, ale jednak 10 km to nie aż taki wysiłek żeby z powodu katarku nie biec.
No i pobiegliśmy w grupie gdzieś pomiędzy pacemakerami na 47:30 (Darek się go trzymał i gonił), a na 50:00 (przed nim uciekała Renata).
Plan się prawie udał, byliśmy na mecie dość blisko założeń przedstartowych. I z tego się cieszymy najbardziej.
Miło spędziliśmy czas na dużej imprezie zrobionej z europejskim rozmachem. Co prawda 7 edycja już nie robiła takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Ale przyjemnie było być w centrum uwagi, biec głównymi ulicami miasta, a po biegu wygrzewając się w słońcu cieszyć się kolejnym błyszczącym medalem. Yes! We did it!




niedziela, 7 kwietnia 2019

pod górkę

No i stało się. Właśnie poznaliśmy trasę biegu na dystansie 10 km. Ktoś pomyśli, 10 km? Przecież taki dystans biegiem to bułka z masłem, cóż to za wyczyn takie zawody. Zaraz, zaraz, ale czy ktoś powiedział, że to płaska dycha. Otóż nie, szykuje się podbieg ulicą Tamka i to już na samym początku. Daliśmy się zwieść zapowiadanym atutom trasy takimi jak: pacemakerzy, punkty odżywiania, punkty kibicowania i atest PZLA. Organizator przygotował jednak dla uczestników coś jeszcze atrakcyjniejszego, a mianowicie - trasę o dużej wartości... turystycznej. I to wszystko nawet w pakiecie basic (bez koszulki). O tym wszystkim dowiedzieliśmy się już dawno po wniesieniu opłaty startowej (niemałej nawet w pierwszym terminie), a na dwa tygodnie przed startem.
Tutaj prezentujemy profil i przebieg trasy 10 km pochodzący ze strony organizatora biegu:

 
Podbieg, podbiegiem, ale dochodzi jeszcze wytyczenie trasy po ulicach wyłożonych kostką brukową, czyli nie jest to bieg całkowicie po asfalcie. W końcu mieszkamy w stolicy europejskiego kraju z historią i bruk musi być zachowany, a przede wszystkim pojawić się na biegu ulicznym. Niech się międzynarodowy świat biegowy dowie jak wygląda największe miasto nad Wisłą.

I jak sobie pomyślę o maratończykach, dla których tego samego dnia organizator Orlen Warsaw Maraton przygotował 42 km w bardzo podobnym stylu (łącznie z podbiegami na ul . Pięknej, Belwederskiej oraz na tym samym co "dycha" podbiegiem na Tamkę) to robi mi się ich nieco żal.
Jednym słowem życiówek na tych trasach nie uda się zrobić raczej na pewno.

Dlatego pamiętajcie, nie zapisuje się na bieg jeśli nie znacie trasy. I nie chodzi o fakt nieznajomości topografii miasta, czy rodzaju nawierzchni, choć ta ze względów taktycznych może być przydatna, ale chodzi o czas podania informacji o przebiegu trasy dla uczestników. Nie dajcie się wpuścić w bieg pod górkę. Niby każdy mieszkaniec Warszawy wie, że jest skarpa nadwiślańska i jest to wiadomość znana nie od dziś, ale przecież zawsze biegaczy można tak poprowadzić żeby nie musieli się wspinać na nią i to kilka razy. Jak do tego przygrzeje słoneczko, to jesteśmy ugotowani na miękko. Wszyscy, niezależnie od tego czy biegną na 10 czy na 42 km. To tylko różnica tempa, czasu i w przypadku tej stołecznej imprezy z logiem Orlen na numerze startowym, oczywiście ilości metrów przewyższenia do pokonania.

Na koniec, bo zapomniałabym o wcześniej złożonej obietnicy, pochwalimy się wynikami z 14. Półmaratonu sprzed tygodnia. I żeby było zabawniej trasa tego półmaratonu też była rozgrywana w Warszawie i nie było żadnych pofalowanych profili. Od startu do mety grzało się po płaskim asfalcie, było co pić i jeść, a kibiców na ulicach także nie brakowało. Też biegło się przez mosty, więc przekraczaliśmy Wisłę i to dwukrotnie, ale jakoś żaden ostry podbieg nie dał się nam we znaki.

Z lakonicznych sms-ów gratulacyjnych na zakończeniu biegu dowiedzieliśmy się dużo o naszej formie biegowej tego dnia. Darek ukończył tegoroczny wiosenny półmaraton na 4841 miejscu wśród mężczyzn (ang. sex place) z czasem 1:53:16, który dał mu w jego kategorii wiekowej M50 pozycję 372 (ang. age place).

Renata zgubiła Darka w okolicach 16-17 km, czyli gdzieś na wąskiej ul. Hopfera przed Łazienkami, albo przed skrętem ze Szwoleżerów na ostatnią prostą wzdłuż wybrzeża wiślanego do mety. I pomimo odczuć, że przyspieszała to jednak systematycznie zwalniała, a najbardziej na około kilometr przed metą, czyli na jedynym cięższym odcinku gdzie trzeba było wybiec i trochę podbiec z tunelu. I to był jedyny trudny "podbieg" na całej 21 km trasie. To tak a propos tej sztywnej dyszki co to mamy ją pobiec w kolejną niedzielę.

Darek czekał na mecie na Renatę przez 40 sekund po przybiegnięciu pacemaker' ki na 1:55:00, która pojawiła się na linii końcowej punktualnie. Jednak nawet ten wynik dał Renacie 767 miejsce open (wśród wszystkich 3395 pań, które ukończyły bieg) oraz 22 lokatę wśród kobiet, które zmierzyły się z tym dystansem pomimo peselu zaczynającego się na 59 i więcej, ale tak do 69. Taki 10-letni zakres zaklasyfikował 217 kobiet na mecie. Sporo, zważywszy, że w K60 biegło już tylko 39 pań, a w K70 już tylko 4.

Jeśli zatem patrzeć na nasze czasy (te wybiegane przez nas i wzmocnione treningami) z perspektywy czasu (tego upływającego od naszych narodzin) to plan minimum wykonany z dużą nawiązką. Szczególnie dużą rezerwę widać u Darka, który pomimo czasu straconego na zagubienie się na trasie i próby odnalezienia Renaty, ukończył 14. PMW z bardzo dobrym wynikiem i bez wychodzenia ze strefy swojego komfortu. Bardzo wyraźnie pokazał to jego wykres tętna z zegarka biegowego:


Tego samego nie można za to powiedzieć o wykresie Renaty, gdzie tętno było zdecydowanie za wysokie już po pierwszej piątce zawodów. Potem do 3/4 dystansu jeszcze tego się tak nie odczuwało, ale trudno się dziwić tak słabej kondycji w końcówce. Próbowałam się wtedy ratować żelem energetycznym, ale było już za późno. Rozpoczął się etap braku możliwości nawet utrzymania dotychczasowego tempa, a bardziej bieg siłą woli i walka wewnętrzna. Na takiej masakrze (to ten czerwony pasek na moim wykresie zakresów tętna) nie da się zrobić już ostrego finiszu. Fizjologii nie da się oszukać. Dlatego stare przysłowie pszczół mówi: "wolniej zaczniesz, szybciej skończysz". A kolega mkon stwierdza dobitniej: "wyżej d... nie podskoczysz".

        
   

sobota, 30 marca 2019

Półmaraton w Warszawie po raz czternasty

Trochę statystycznego ujęcia naszych dotychczasowych osiągnięć na obowiązkowej imprezie biegowej, w której będziemy brać udział po raz kolejny w niedzielę:

1. Półmaraton Warszawski (PMW), 26.03.2006 – 2:00:33 (Renata i Darek)
2. Carrefour PMW, 25.03.2007 - 01:47:49 (Darek) i 01:47:55 (Renata)
3. Carrefour PMW, 30.03.2008 - 01:43:42 (Renata i Darek)
4. Carrefour PMW, 29.03.2009 - 01:44:35 (Renata i Darek)
5. PMW, 28.03.2010 - 01:43:58 (Adam), 01:46:47 (Renata) i 01:46:50 (Darek)
6. PMW, 27.03.2011 – 01:48:17 (Renata)
7. PMW, 25.03.2012 – 01:46:19 (Renata i Darek)
8. PMW, 24.03.2013 – 01:56:24 (Renata i Darek)
9. PZU PMW, 30.03.2014 - 01:45:06 (Darek) i 01:45:07 (Renata)
10. PZU PMW, 29.03.2015 - 01:51:01 (Renata)
11. PZU PMW, 03.04.2016 - 01:57:59 (Renata) i 02:00:53 (Darek)
12. PZU PMW, 26.03.2017 - 02:01:32 (Darek) i 02:01:34 (Renata)
13. PZU PMW, 25.03.2018 - 02:03:47 (Renata i Darek)
14. PZU PMW, 31.03.2019 - ? / ?

























Renata zaliczyła wszystkie trzynaście Półmaratonów Warszawskich, czyli biegła w każdej edycji od początku. Darek nie uczestniczył biegowo tylko 2 razy z powodu kontuzji, ale złotą odznakę za 10 Półmaratonów w Warszawie i tak otrzymał w 2017 r.
Raz i to z bardzo zbliżonym do naszego czasem, pobiegł Adam. To było w czasach wspólnych przygotowań triatlonowych, więc biegał już więcej niż 10 km ;)
Nasz najlepszy wynik, którego nie udało się już powtórzyć, a więc jest nadal naszym PB w półmaratonie, pochodzi z 2008 r. Biegaliśmy wówczas wyjątkowo dużo i w zasadzie tylko biegaliśmy. Przygotowywaliśmy się wtedy do maratonu, w którym też udało się nam wyśrubować całkiem przyzwoite czasy jak totalnych amatorów biegowych. Dlatego powtarzamy, że jak się nie ma talentu do biegania to praca biegowa jest konieczna.

      
























Jutro start o 10:00 i lecimy równym tempem. Trzymajcie kciuki do co najmniej 12:00. Jak skończymy wcześniej to natychmiast się pochwalimy :)

sobota, 9 marca 2019

Wiosna meteorologiczna

Po przepracowanym lutym, kiedy to każdego z 28 dni udało się wykonać jakąś aktywność, w tym pływanie i bieganie, weszliśmy w marzec, który ponoć rozpoczyna wiosnę meteorologiczną. Dla nas oznacza to jednak ostatni miesiąc przygotowań do Półmaratonu Warszawskiego. Czyli trzeba biegać i to systematycznie, a więc najlepiej zgodnie z planem.









niedziela, 27 stycznia 2019

Ruszyła maszyna

Ozdoby świąteczne 🎄🎅 czas już schować do przechowania na kolejny grudzień🎇. 
Teraz gdy dzień wyraźnie się już wydłuża można rozpędzić maszynę treningową. Najpierw nieśmiało ale za to korzystając z uroków zimy wybiegaliśmy się na nartach w Jakucji. Było przecieranie zasypanych w białym puchu śladów, podziwianie świerków uginających się pod białymi czapami i zapomnienie się w bajkowym krajobrazie.
Pomogły nam w tym bardzo narty, bez których nie byłoby możliwe nawet dotarcie na przygotowane trasy. Szynobus utknął gdzieś w zaspie u Czechów i nie dojechał do Szklarskiej. Wynajęliśmy więc taksówkę dla siebie i innych turystów, którzy podobnie jak my zamierzali dotrzeć do stacji w Szklarskiej Porębie Jakuszycach. Jedyna droga do Jakuszyc i dalej do Harrachova na szczęście była dobrze utrzymana. Wypożyczone narty dawały nieźle radę więc postanowiliśmy zostać ich użytkownikami przez całe 5 dni. I to był bardzo dobry pomysł, bo śnieg nie odpuszczał tylko dosypywał każdego dnia. Co ratrak przejechał, to następnego dnia znów była warstwa świeżego puchu. ☃⛄☆⛄⛄       





Wreszcie jeździ pociąg. Ale i tak na nartach jest przyjemniej.








Gdy coraz bardziej pada śnieg, to coraz bardziej pada śnieg. Bim bom. Bim bom.



Kolejny poranek budzi nas słońcem.







A na Stanisławie wszystko zmrożone jak w zamrażalniku i wieje polarnym wiatrem.



Ta czapla nie odleciała do ciepłych krajów bo bardzo lubi ośnieżone świerki.


To w którą stronę robimy Worek Harrachowski?

       
Powrót z tego nienaturalnego świata do codzienności był szybki i sprawny. Nie było po prostu czasu na wdrażanie, tylko od razu wskoczyliśmy na wysokie obroty. Choć nie na najwyższe. 
Czekał na nas trener na pływalni i buty do biegania nożnego. No właśnie, wszystko to czekało, a my odprężeni po tygodniu wysypiania się na maksa (niestety późne śniadania nie sprzyjają wczesnym pobudkom) jakoś nie potrafiliśmy przestawić biologicznego zegara na normalne tory. No i pierwszy tydzień przepadł z prozaicznego powodu.
Ale pozbieraliśmy się i wreszcie tryby zaskoczyły. Najpierw ostrożnie, lekko potruchtaliśmy, a potem gdy przyszedł czas na dłuższe bieganie okazało się, że mamy w okolicy groźnego przeciwnika. Jest nim smog. Z nim nie wygramy, więc żeby nie wypaść z rytmu treningowego przenieśliśmy się do podziemia.
Urządziliśmy swoje sportowe studio, w którym stanęła nie byle jaka maszyna. Nazywa się Spirit, stoi pewnie i waży sporo. I pomaga nam wylewać litry potu i nie zaniedbywać biegania gdy na zewnątrz czerwony alarm smogowy. 

Teraz tak wygląda nasze centrum sterowania: po prawej płynie muzyka, po lewej na wyciągnięcie dłoni bidon termiczny z elektrolitami, a po środku tablica z parametrami. W planach jest jest jeszcze wyświetlanie filmów, serwowanie napojów bezalkoholowych w dużym wyborze oraz specjalne efekty oświetleniowe, ale to wymaga pewnych przeróbek naszego studia. 
          
Po otrzymaniu komendy START ruszamy na orbitę. Cała zabawa polega na utrzymaniu właściwej ilości obrotów koła zamachowego i nie straceniu przy tym całego paliwa. Powinno wystarczyć jeszcze na swobodne lądowanie. Pomaga przy tym ręczny hamulec.      



niedziela, 23 grudnia 2018

Świątecznie, znaczy wolno

 

Z wszystkich stron widzimy, słyszymy i doświadczamy pośpiechu, natłoku spraw do załatwienia, rzeczy do zrobienia. I wciąż dzielimy czas na ten „przed świętami” i „po świętach”. To i tamto musimy zamknąć przed świętami, bo po świętach będzie za późno. Zróbmy to przed świętami, bo po świętach już będzie mało czasu. I tak w kółko przez całą pierwszą połowę grudnia, tak jakby po świętach miał się skończyć świat. Spinamy się więc przez kilkanaście dni grudnia, stajemy na głowie, zagęszczamy działania, spieszymy się okrutnie, bo z tyłu głowy myśl, która wciąż przypomina: muszę zdążyć przed świętami, do końca roku zostało tak mało czasu. Czasami ten przedświąteczny klimat pojawia się już w listopadzie, pewnie to za sprawą marketingowego działania firm, które podgrzewają atmosferę wystawiając w sklepach czy na swoich stronach internetowych świąteczne elementy. Tu święty Mikołaj z pełnym workiem, tam reniferki z saniami, albo gwiazdki, dzwoneczki, etc. A już te kilka dni przed Bożym Narodzeniem stają się koszmarem nie do wytrzymania, bo okazuje się, że właśnie w pracy coś się obsunęło, wypłynęły nowe sprawy, ktoś chce zamknąć swoje zadania. A później okazuje się, że grudzień ma tylko 15 dni, bo przecież resztę zrobi się po świętach i wszystkie terminy ustala się na po świętach, bo przecież nie damy rady przed świętami. Jak żyć, jak ma się jeszcze obowiązki domowe, lodówka pusta, a kolejny wieczór znów zajęty bo przecież nie odmówię udziału w spotkaniu wigilijnym z koleżankami i kolegami z działu, z poprzedniej pracy, z klubu, czy spotkaniu ogólnofirmowym. A tu trzeba jeszcze pogodzić czas z koncertem, czy występem świątecznym dzieci w przedszkolu, czy szkole. Całe szczęście jak dzieci są już w wieku pozaszkolnym i takie imprezy nie zaprzątają nam już głowy. Ale gorzej jak dzieci mieszkają daleko od rodziców, to trzeba odpowiednio wcześnie upolować tańszy bilet na wyjazd na święta żeby spędzić je wspólnie. Nieważne, że wtedy każda linia lotnicza, nawet taka co nazywa się tania, wyczuwa święta jako doskonałą okazję do windowania cen. I tak kupujemy wtedy te bilety, bo przecież  mamy dwa dni świąt i trzeba je wykorzystać na spotkanie. Albo tłuczemy się innym środkiem transportu z całym tabunem innych podróżnych jak podczas wielkiej wędrówki ludów żeby się zobaczyć choć na kilka godzin.     
Wreszcie nadchodzi ten czas pomiędzy "przed świętami" i "po świętach". I okazuje się, że jesteśmy tak zmęczeni, że czujemy się jak przekłuty balon. A tu trzeba jeszcze stanąć na wysokości zadania, czyli odpocząć w te wymarzone święta. Jeśli jakimś cudem zostaliśmy w domu, unikając zbiorowej panice, że musimy się przemieścić aby się spotkać w święta, to zaczynamy nasze przygotowania przedświąteczne. Najpierw zakupy z listą na kartce, bo nie sposób spamiętać te składniki potrzebne do potraw świątecznych. Potem długie kolejki do kas, ale z głośników płyną x-masowe szlagiery, więc jakoś czas mija i jeszcze czeka nas wciąganie tych wszystkich siatek do domu. A na koniec gotowanie, smażenie i pieczenie do późnych godzin nocnych. Podczas dokładnej analizy przepisów okazuje się, że barszczyku do uszek nie uda się nam już zrobić w domu, bo trzeba było na 5 dni przed Wigilią nastawić zakwas buraczany, więc lecimy jeszcze w Wigilię do sklepu po gotowy sok z buraków w kartoniku, który będzie udawał czerwony barszcz. A znowu przepis na piernik trzeba było przeczytać co najmniej w listopadzie, bo wtedy właśnie wyrabia się ciasto, które musi poleżeć kilka tygodni aby miało staropolski smak. W końcu decydujemy się na pierniczki ekspresowe, do których ciasto chłodzi się w lodówce tylko 30 minut. I tak w zasadzie po kolei z prawie każdym przepisem.



Dlatego życzymy wszystkim aby się nie musieli śpieszyć, działali na tyle wolno na ile się da. Aby nie tylko potrawy, które jemy, ale całe życie miało właściwy smak. Aby cieszyć się i delektować bez pośpiechu. Nie zatracić się w pościgu za nowym, do którego już trochę przywykliśmy w tym zmieniającym się świecie. Nie dzielić czasu na przed świętami i po świętach. Niech każdy dzień będzie naszym świętem. Celebrowanym, wolnym i bez przymusu robienia czegoś szybko i byle jak. 

Pozdrawiamy świątecznie,
Renata i Darek